Łapanie pomysłów

Mam taką tendencję, że wiele rzeczy zaczynam, ale niewiele z nich kończę. Otwieram kilka projektów, ale na żadnym nie skupiam się na tyle, by przygotować wystarczającą ilość materiału. Praktycznie uniemożliwia to nagranie płyty lub zagranie koncertu. Dlatego uczę się kończyć rzeczy i postanowiłem, że projekt „Leśmian” doprowadzę do końca.

Na początku wszystko szło bardzo łatwo. Ja byłem odpowiedzialny za muzykę, a Monika Bubniak za wokale. Mieliśmy jasno określone obowiązki i cel – stworzenie piosenek na płytę i zagranie koncertu. Pełen zapału zacząłem pisać utwory do nowego projektu. Byłem jeszcze „świeży” i w najlepszych momentach stworzenie muzyki do jednej piosenki zajmowało mi jeden dzień. Czułem, że złapałem dobrą falę. Odkryłem, że najlepiej wychodzi mi robienie jednej rzeczy na raz. Postanowiłem iść za ciosem, odciąć się od codziennych obowiązków i nagrać solową płytę. Razem z Marcelem Borowcem podjęliśmy decyzję o wstrzymaniu naszego wspólnego projektu i każdy z nas zajął się swoim materiałem.

Przygotowanie materiału na solową płytę miało mi zająć miesiąc. Chciałem, żeby ta muzyka powstała w trakcie podróży nad polskie morze, którą planowałem na sierpień. Okazało się jednak, że wyjazd jest nie do pogodzenia z codziennymi obowiązkami, których nie chciałem zaniedbywać, głównie prowadzenia zajęć nauki gry na gitarze. Poza tym pracowałem wtedy nad tym blogiem i kanałem na YouTube, a dodatkowo pojawiły się problemy finansowe w firmie. Wiedziałem jednak, że jeżeli w końcu nie wyjadę, nie będę w stanie zająć się swoim projektem. Okazało się, że wyjazd był możliwy dopiero w październiku.

Początkowo plan był taki: przyjeżdżam do Warszawy, spotykam się ze swoimi uczniami, którzy są rozrzuceni po całej Polsce, spotykam się ze znajomymi i jednocześnie pracuję nad płytą.
Myślicie, że mi się udało? Niestety, powyższy plan okazał tylko pobożnym życzeniem. Pierwsze 7-8 dni spędziłem siedząc w galeriach handlowych szukając WiFi. Nie umiałem uciec od maili i drobiazgów, których, w moim odczuciu, nie mogłem odpuścić nawet na „urlopie”. Maile, wiadomości i szkice, które miały mi zajmować maksymalnie 2-3 godziny, przeradzały się w 6-10 godzin pracy. Efekt był taki, że dni na wyjeździe nie różniły się niczym od zwykłych dni w Krakowie. Mój projekt stał w miejscu, a ja wraz z nim.

Po kilku dniach spędzonych w ten sposób, kiedy byłem już w Trójmieście, zrozumiałem, że coś tu jest nie tak. Miałem skupić się na płycie, a tymczasem cały czas zajmowałem się wszystkim, tylko nie tworzeniem muzyki. Kiedy to do mnie dotarło, wstałem, ubrałem się, wziąłem plecak i poszedłem nad morze. Pierwszy raz od kilku dni, zupełnie bez planu.

Szedłem plażą z Gdyni w kierunku Sopotu. Słuchałem szumu fal, krzyków mew, przyglądałem się chmurom i przepływającym w oddali statkom. Czułem, jak powoli, coraz bardziej oddalam się od natłoku obowiązków, które przywlokłem ze sobą aż tutaj. Po kilku godzinach usiadłem na ławce i wtedy, ni stąd ni zowąd, naszła mnie ochota, by zacząć tworzyć muzykę. Nim się zorientowałem, powstały dwa utwory. Schowałem tablet i poszedłem dalej. Po jakimś czasie zobaczyłem kolejną ławkę. Usiadłem na niej i tam wszystko się powtórzyło.

Tego dnia zrozumiałem, że pomysły potrzebują przestrzeni, żeby mogły się narodzić. Będąc w wirze codziennych obowiązków, trudno jest znaleźć na nie miejsce. Dlatego, aby tworzyć, potrzebujemy chociaż chwili zostawienia wszystkiego za sobą. Trzeba pozwolić, żeby pomysł, który nagle zakiełkował w naszej głowie, mógł w niej urosnąć, abyśmy potem mogli nadać mu kształt. Dlatego warto zadbać o to, by w ciągu dnia mieć chociaż chwilę bez planu: dla siebie i dla swoich pomysłów. Pamiętacie mój wpis o porannych stronach? To jest właśnie to, temu one służą. Temu służą różne formy relaksu. Żeby głowa miała czas na i przestrzeń na tworzenie dla nas świetnych pomysłów. Tego Wam życzę dzisiaj!

Dobrego dnia! 😉